Luka z fachowcami
Przy blisko 15 proc. poziomie bezrobocia (14,9 procent
w grudniu 2006 r.), rozpędzona gospodarka zderzyła się
z problemem braków kadrowych. Już co dziesiąte nowo utworzone stanowisko czeka na pracownika. Na koniec września 2006 r. urzędy pracy dysponowały 61,7 tysiącami ofert, z czego 17 tys. nie było wykorzystane dłużej niż miesiąc. Uciążliwość, wynikającą z niedoboru wykwalifikowanych pracowników zgłasza obecnie 25 proc przedsiębiorstw, gdy jeszcze rok temu takie trudności odczuwało 12 proc. firm.
Na polskim rynku pracy od dłuższego czasu zauważalny jest duży rozdźwięk między popytem a podażą, wynikający
z niedopasowania umiejętności i kwalifikacji osób pozostających bez zatrudnienia oraz oczekiwaniami pracodawców. Brak jest szczególnie pracowników średniego szczebla technicznego i absolwentów zasadniczych szkół zawodowych. Wypatrują ich rejony silnie zindustrializowane, ożywione napływem inwestycji zagranicznych i efektywnie wykorzystujące dobrą koniunkturę gospodarczą.
Raport Obserwatorium Rynku Pracy w Opolu wykazuje, że poszukiwania pracodawców w 54,2 proc. dotyczą robotników przemysłowych i rzemieślników. Mapę zawodów deficytowych województwa łódzkiego otwiera operator zautomatyzowanych linii produkcyjnych w przemyśle elektromaszynowym i wykwalifikowani robotnicy obsługujący obrabiarki sterowane numerycznie. Polska stała się wielkim placem budowy, więc nie słabnie popyt na murarzy, tynkarzy, zbrojarzy, hydraulików. Planowana kilkusetkilometrowa sieć autostrad i 1600 km dróg ekspresowych, dobrze wróży całemu sektorowi budownictwa dróg i mostów.
Rynek wypatruje ślusarzy, tokarzy, operatorów nowoczesnych urządzeń, konstruktorów, projektantów i nadzorców procesów produkcyjnych.
Wraca moda na unikatowe umiejętności i ścisłe specjalizacje. Nawet przedstawiciele ginących zawodów: kaflarze, rymarze, kołodzieje, dekarze, bednarze oraz ich tradycyjne warsztaty pracy, czy wręcz manufakturowe technologie wytwarzania, cieszą się rosnącym zainteresowaniem. Na wszystkich czekają coraz atrakcyjniejsze warunki pracy. Z danych GUS wynika, że w ciągu trzech kwartałów ub. roku, wynagrodzenie wzrosło o 4,9 proc. Silną konkurencją dla oferty polskich przedsiębiorstw jest jednak możliwość intratnego zarobkowania, stworzona przez szeroko otwarty rynek unijny. Szacuje się, że w poszukiwaniu lepszych perspektyw, na Zachód wyjechało już ok. 2 mln Polaków. Z sondażu „Gazety Wyborczej”, wynika, że w 54 proc. polskich rodzin za granicę w poszukiwaniu pracy ktoś wyjechał po przystąpieniu naszego kraju do UE.
Zamiar wyjazdu rozważa co drugi młody Polak w wieku 18 –24 lat.
Coraz trudniej przedsiębiorcom skusić przyszłych pracowników minimalną pensją. W celu zatrzymania już zatrudnionych kadr, płace podniesiono dotychczas w co piątej firmie. W tym roku na taki ruch zamierza zdobyć się kolejne 15,7 proc. przedsiębiorstw.
Kłopoty z naborem pracowników nie wynikają jednak jedynie z wysokiej skali migracji zarobkowej. Popyt na siłę roboczą w znacznym stopniu kształtuje tempo napływu zagranicznych inwestycji, ale także śmiałe plany rozwojowe i dobra kondycja finansowa rodzimych przedsiębiorców. Poprawę koniunktury na poziomie plus 20 sygnalizuje ok. 30 proc. przedsiębiorstw (GUS). Najlepsze oceny na przyszłość formułują producenci metali, wyrobów chemicznych, pojazdów samochodowych, metalowych wyrobów gotowych, maszyn i aparatury elektrycznej (www.egospodarka.pl). Optymizm, dotyczący przyszłego portfela zamówień i możliwości produkcji, rzutuje na plany wzrostu zatrudnienia. Wiele branż, zakładów i specjalnych stref ekonomicznych intensywnie poszukuje pracowników. Ich brak już teraz jest bardzo dotkliwy, a w dłuższej perspektywie może odbić się w zakresie wykorzystania przeznaczonych na rozwój środków unijnych. Na ten narastający problem wskazują samorządy, które mają ogromne kłopoty z wyłonieniem wykonawców inwestycji, przedłużającymi się terminami realizacji umów i rosnącymi kosztami. Wiele przedsiębiorstw zmuszonych jest z braku pracowników do rezygnacji z części zamówień.
Oprócz skutków emigracji zarobkowej, drugiej z istotnych przyczyn niedoboru kadr, specjaliści dopatrują się w załamaniu szkolnictwa zawodowego i powstałej
w wyniku tego procesu luki pokoleniowej.
Większość obecnych na rynku fachowców przekroczyła 50 rok życia. Zlikwidowano wiele szkół i kierunków kształcenia. Ubywa mistrzów tradycyjnych profesji,
a przestarzałe warsztaty szkoleniowe nie mogą spełniać swych funkcji.
Reforma systemu oświaty zakładała jak najszersze upowszechnienie kształcenia na poziomie średnim i wyższym. Strategia Państwa dla Młodzieży, opracowana do 2013 roku, przewidywała, że do szkół kończących się maturą, uczęszczać będzie 80 proc. uczniów. Zasadnicze szkoły zawodowe adresowane miały być do zaledwie 10 proc. populacji. Przy konstruowaniu założeń reformy nie przewidziano załamania się rynku fachowców, choć analitycy wyraźnie przed tym przestrzegali. Prof. Mieczysław Kabaj przypominał, że „w każdym racjonalnie zorganizowanym społeczeństwie, a więc także w warunkach nowoczesnej techniki, istnieje określona liczba miejsc pracy o pewnych wymaganiach pod względem wykształcenia i kwalifikacji”, która tak, jak przy budowie domu, potrzebuje zarówno architektów, inżynierów, ale też techników i robotników: murarzy, malarzy, elektryków, glazurników oraz pomocników, do wykonywania czynności
o różnym charakterze i złożoności („Prognoza podaży absolwentów i popytu na pracę wg poziomów kształcenia”). Wyraźny trend na wykształcenie bardzo rozbudził aspiracje edukacyjne uczniów i ich rodziców. Sukcesywnie malało zainteresowanie szkolnictwem zawodowym. Badania GUS z 2003 roku, wykazały spadek zainteresowania młodzieży zasadniczymi szkołami zawodowymi o blisko 75 proc.
w stosunku do lat 90. Natomiast wzrost zainteresowania kształceniem w liceach, wzrósł o 69 proc. W zasadniczych szkołach zawodowych naukę kontynuowało tylko 15,75 proc. młodzieży. Nawet absolwenci gimnazjów z terenów wiejskich, dotychczas tradycyjnie zainteresowani zdobyciem konkretnego zawodu i szybkim usamodzielnieniem, w wyniku presji na kształcenie i rozbudzanie ambicji, mniej interesowali się szkołami stricte zawodowymi. Z badań przeprowadzonych na zlecenie MEN w 2003 roku, wynika, że 94 proc. nastoletnich mieszkańców wsi kontynuowało naukę w szkołach ponadgimnazjalnych: 37 proc. w liceach ogólnokształcących, 28 proc. w technikach, 15 proc. w liceach profilowanych i tylko 14 proc. w zasadniczych szkołach zawodowych. Ten pęd ku wiedzy w 2/5 przypadkach jest zdeterminowany zamiarem opuszczenia rodzinnej miejscowości po ukończeniu nauki.
Wskaźniki skolaryzacji na poziomie wyższym mamy najwyższe w Europie, ale dość szybko okazało się, że gospodarka nie jest w stanie wchłonąć przybywających w tak szybkim tempie magistrów.
W latach 2000-2006 liczba osób bezrobotnych legitymujących się dyplomami wyższych uczelni, wzrosła o 120 proc. „Złote rączki” i osoby z dobrym przygotowaniem zawodowym oraz doświadczeniem mogą przebierać w ofertach, gdyż brak specjalistów z określonymi umiejętnościami wywołuje szereg perturbacji w wielu branżach gospodarki. Przedsiębiorcy i specjaliści rynku pracy, coraz intensywniej upominają się o reaktywację szkolnictwa zawodowego, które zostało zmarginalizowane na skutek założeń reformy. Rynek pracy spłatał bowiem figla prognostykom, lansującym uparcie model 80:20, z naciskiem na kształcenie szerokoprofilowe. Gospodarka w obecnej fazie rozwoju upomina się przede wszystkim o robotników i kadrę techniczną, odczuwając silne nasycenie pracownikami wysoko wykwalifikowanymi.
Szkolnictwo zawodowe, dotknięte zarówno spadkiem zainteresowania młodzieży i wkraczającym niżem demograficznym, jak też przestarzałą bazą dydaktyczną, zdekapitalizowaną infrastrukturą, często również słabą kadrą edukatorów, przeżywa prawdziwy kryzys.
Zahamowanie tego procesu, odwrócenie obecnych tendencji i presja na nowoczesne kształcenie zawodowe - przy wciąż obowiązującym trendzie do wygaszania i profili kształcenia; bardzo oszczędnego planowania sieci i wydatków oświatowych trapionych trudnościami finansowymi samorządów; przy braku ścisłego powiązania z rynkiem pracy - jest bardzo trudne lub wręcz niemożliwe bez specjalnej centralnej strategii.
Zmiana kierunków kształcenia zawodowego, zgodnych z wymogami pracodawców; dostosowanie obiektów warsztatowych do obowiązujących przepisów: ppoż, sanitarnych, bezpieczeństwa, higieny pracy; modernizacja stanowisk, odpowiadających współczesnemu warsztatowi pracy, wymagają zaangażowania poważnych sił i środków, daleko wykraczających poza możliwości samorządów, odpowiadających za funkcjonowanie tego typu szkół.
Analizy rynku pracy wskazują na konieczność uwzględnienia zmian zachodzących w otoczeniu systemu szkolnego oraz pilną modernizację kierunków i profili kształcenia. Potrzebne są innowacyjne rozwiązania w nauczaniu zawodowym. Współczesne szkolnictwo zawodowe powinno być zorientowane na osiąganie przez uczniów podstawowych i specjalistycznych kwalifikacji odpowiednich dla określonego zawodu oraz kompetencji pozazawodowych. Możliwe to jest jedynie
w wyniku prowadzenia procesów dydaktycznych na odpowiednio wysokim poziomie, przy nowocześnie zorganizowanych stacjach warsztatowych, z zastosowaniem specjalistycznego instrumentarium, technologii i materiałów szkoleniowych.
Wykształcenie pracownika dla potrzeb współczesnej gospodarki wymaga wykorzystania najnowszych urządzeń, programów komputerowych, pakietów multimedialnych, narzędzi do wspomagania projektowania i analizowania procesów wytwórczych.
Pilne jest również osiągnięcie kompatybilności między systemem edukacyjnym
a potrzebami rynku pracy, gdyż jak zauważa prof. L. Balcerowicz: „na rynku pracy nie ma popytu na pracowników jako takich, lecz na pracowników o określonych kwalifikacjach, dostosowanych do zmiennej dynamiki struktury rynkowej gospodarki” („Państwo w przebudowie”).
Unia Europejska w strategii wynikającej z Traktatu Amsterdamskiego zaleca zbliżenie się szkoły i przedsiębiorstwa, rozszerzenie praktyk i kształcenia dualnego. Dobra współpraca systemu edukacji z rynkiem pracodawców jest w stanie kreować pożądane zawody, kwalifikacje i kompetencje; rozpoznawać wzajemne oczekiwania i gwarantować dobry start zawodowy.
Już teraz, dla uzyskania efektu zaspokojenia zapotrzebowania na kadry, specjaliści podsuwają pomysł włączenia pracodawców w projektowanie szkolnych programów, formułowanie wymagań egzaminacyjnych, stwarzanie warunków zbliżonych do rzeczywistego warsztatu pracy.
Ale przede wszystkim, tak jak prof. A. Karpiński z Komitetu Prognoz XXI w., zalecają ochronę szkół zawodowych przygotowujących do wykonywania zawodów deficytowych. Wszystko po to, aby gospodarka nie musiała bezradnie wypatrywać specjalistów.
Bożena Borowska