Tytuł:   Świat Obrabiarek
Wydawca:   Marcosta
Częstotliwość:   dwumiesięcznik
Nakład:   2000-3000 egz.
Rok założenia:   2006
ISSN:   1895-6564

         Strona Gwna               O Nas / About Us               Prenumerata               Fotorelacje               Dotacje unijne               Kontakt               Po pracy

   Jednym zdaniem

Niezależnie od kryzysu doszliśmy do granicy pewnej koncepcji rozwoju gospodarczego (prof. Jerzy Hausner)


Warning: include(./bannery.php) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /pismo/5-6_08_3.php on line 142
 


20 lat, a może mniej...

Wywiad przeprowadzony z okazji 20-lecia firmy Marcosta
Na pytania Zbigniewa Borowskiego odpowiadał Ryszard Starzec

Jubileusz firmy skłania do refleksji. Jak z perspektywy lat patrzysz na ten życiowy wybór?
- Muszę powiedzieć, że te dwadzieścia lat minęło jak z bicza trzasnął, jakby to wszystko było przed chwilą. Decyzja ta nie była łatwą, zwłaszcza gdy się ją podejmuje po 10 latach pracy w państwowej firmie i do tego w trudnych i zmiennych czasach, jakimi były lata 80-te.

Czy szefem firmy bywa się od urodzenia czy zależy to od okoliczności?
- Jakaś żyłka przedsiębiorczości drzemie chyba w każdym człowieku. U mnie już od młodości. Zawsze interesowała mnie technika, wymyślanie nowych konstrukcji, szukanie własnych rozwiązań usprawniających i ułatwiających pracę. Nie stanowiło dla mnie przeszkody naprawianie sprzętów domowych, czy wykonywanie dla siebie prostych urządzeń ułatwiających codzienne życie. Na lata 70, w których przyszło mi dorastać, wobec totalnego braku czegokolwiek na rynku, te umiejętności były w cenie.

Czyli pierwsze pieniądze zarobiłeś jeszcze na etapie nauki w liceum?
- Właściwie tak, choć ze względu na szkołę, nie mogłem zbyt wiele czasu poświęcać na zarabianie pieniędzy. Musiał być czas na lektury i naukę. Nie było łatwo, bo jak to się mówi, do szkoły miałem pod górkę. Wstawanie o 5 rano, 5 km do pociągu na piechotę, później powrót do domu na 17 czy 18, obiad i kolacja razem, trzy godziny na naukę i spać. Mało miałem wtedy z życia.

Kiedy zacząłeś myśleć o swojej firmie?
- Tkwiło we mnie wewnętrzne przekonanie, że człowiek stworzony jest do poszukiwania i twórczości. Dlatego zawsze łatwiej jest pracować, gdy się ma większe pole do samodzielności. Stosunkowo szybko odkryłem, że zrealizuję się w pełni, gdy sam sobie znajdę zatrudnienie. Po 10 latach pracy w państwowej firmie, w 1988 r., gdy poluzowane zostały ograniczenia w swobodzie przedsiębiorstw i można było poczuć już zapach odwilży w gospodarce, odkryłem ducha biznesu. Wydawało się, że nadszedł wreszcie czas na poprawę bytu materialnego, pomimo tego, że zaczynałem od zera.

Dwadzieścia lat a może mniej
Ryszard Starzec opowiada jak przetrwał w branży

Jak spostrzegasz atmosferę przedsiębiorczości lat 80?
- Była siermiężna. Wszystkiego brakowało. Począwszy od materiałów, części zamiennych, po bezpieczniki. O wszystko trzeba było walczyć, znajdować, zdobywać. To, co było najbardziej chodliwe podlegało reglamentacji. Pierwszeństwo miały zakłady państwowe i spółdzielnie.
Z drugiej strony popyt na usługi i produkty był ogromny i ze znalezieniem zleceń nie było problemu. Jednakże ten okres transformacji był swoistą szkołą życia. Kto przetrwał, ten działał dalej. Nie było doradców, ekspertów, szkół biznesu, trzeba było sobie radzić samemu. Trzeba przyznać jednak, że chociaż założenie firmy było drogą przez mękę, choćby ze względu na konieczność zdobycia kilkunastu różnych zaświadczeń, to jej prowadzenie było wówczas o wiele łatwiejsze pod względem ilości formalności wymaganych do spełniania. Ale w państwowych firmach panowała blokada w stosunku do prywatnych przedsiębiorców. Pamiętam, że wielka sztuką było wystawienie prawidłowej faktury przez zakład prywatny, gdyż firmy państwowe z wielką ostrożnością podchodziły do kontaktów z „prywatną inicjatywą”. Ale na to był też sposób. Istniały spółdzielnie rzemieślnicze, które nie miały z tym kłopotów. Dlatego nieraz omijano te blokady w sposób legalny poprzez zapisanie się do spółdzielni. Wówczas podmiotem wystawiającym fakturę nie była już firma prywatna. Ale taki stan nie trwał wiecznie. Powoli zwyciężała normalność. Stare nawyki odchodziły w cień.

Od samego początku działasz w branży obróbki metali. Jak oceniasz branżę z perspektywy 20 lat?
- Długie lata branża była zacofana w rozwoju. W ciągu tych lat wielu producentów zlikwidowało firmy, niektóre upadły w dramatycznych okolicznościach. Ale część firm została na powierzchni i całkiem dobrze daje sobie radę z zachodnią konkurencją. Wydaje mi się, że napływ obcego kapitału, nowych technologii, podbił stawkę, ale pomógł też ambitnym na dorównanie zachodnim potentatom. Większość obrabiarek do metali produkowanych w Polsce dorównuje zachodnim, niekiedy je przewyższa.

Przysłowia są mądrością narodów, a co jest mądrością przedsiębiorców?
- Trzeba wierzyć w to, co się robi, lubić to, wykazywać entuzjazm, widzieć swój cel i nigdy się nie poddawać. Jasno widzę, że sens ma również jedno przysłowie: jeśli umiesz liczyć, to licz na siebie. Trzeba ciężko pracować, myśleć, ciągle się uczyć, nie zachłystywać się sukcesami, bo ani się obejrzymy a na twarzy zostanie tylko zdziwienie, że szczęście trwało tak krótko. I w moim życiu były lepsze i gorsze chwile, więc wiem co to znaczy i ile wymaga hartu, by z dołka wydostać się na powierzchnię. Na szczęście teraz sytuacja mojej firmy jest ustabilizowana, ale to nie znaczy, że mogę być pewien, iż koniunktura trwać będzie wiecznie.

Jakie są istotne osiągnięcia?
- Nawiązanie współpracy handlowej z wieloma międzynarodowymi firmami. W zakresie produkcji opracowanie własnej konstrukcji i uruchomienie produkcji drążarek elektroerozyjnych, gdzie na kilka rozwiązań uzyskałem trzy patenty.

Ponad dwa lata temu spotkaliśmy się nad Dunajcem i wtedy zapadła decyzja o wydawaniu „Świata Obrabiarek”. Teraz zbytnio nie paliłeś się do udzielenia zwierzeń czasopismu, którego Marcosta jest wydawcą.
- Ale przekonałeś mnie, że dwudziestolecie firmy to właściwa okazja, by w końcu znaleźć trochę czasu na swobodną rozmowę. Czas mija szybko. Ani się nie obejrzymy, gdy trzeba będzie przekazać pałeczkę następnemu pokoleniu. A nie tak dawno przecież byliśmy jakby młodsi i tacy jacyś bardziej szczupli…

 

 

 

 

 

 


   Felieton

    czytaj